nie chowajcie mnie żyjącego, tom poezji, Gdańsk 1974

Opracowanie graficzne Jerzy Krechowicz

Pozycja dotowana przez Ministerstwo Kultury i Sztuki

Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1974

Nakład 800 + 200 egz. Ark. 2,15

Zakłady Graficzne w Gdańsku, ul. Świętojańska 19/23

Zam. 260, K-3, Cena zł 10




Poniżej utwór otwierający tom

 

wiem że

 

nic po mnie nie zostanie

oprócz kilku wierszy które po nocach

pisałem w sublokatorskich brudnych pokoikach

wiem o tym lepiej kiedy jestem głodny

spragniony życia kiedy nad ranem ptaki

lęku ostrymi dziobami tętna pukają

do szyb moich oczu i widzę wówczas

już zupełnie spocony moją trumnę

niesioną lekko przez wiatr

ponad głowami przypadkowych ludzi

zbierających się ciekawością taniej sensacji

i jestem wówczas tak bardzo głodny życia

że sięgam po nóż płaczący moją krwią

 

Wejdź, aby przeczytać pierwodruk:  nie chowajcie mnie żyjącego [1974]

 

Uwaga, w pliku do pobrania znajduje się prawdopodobnie jedyny zachowany egzemplarz pierwszego wydania tomu nie chowajcie mnie żyjącego, który ze względu na obecność w nimi wiersza pt. przyzwyczaiłem się do konania (zob. s. 50-52) został już po wydrukowaniu (lecz przed rozpoczęciem kolportażu) niemal w całości zniszczony. W wydaniu kolejnym, wprowadzonym do obrotu, zamiast tego utworu w tomie zamieszczono wiersz pt. lekcja języka polskiego (s. 50-52).

 

przyzwyczaiłem się do konania

 

poeta jest tak biedny że każdą nocą musi umierać nad kartą papieru

co do mnie to mogę wyznać stojąc przed własnym księżycem naszczekującym

u nóg na gwiazdy migających porównań iż przyzwyczaiłem się już do konania

moje ciało od dziewięciu lat stało się zupełną śmiercią zasuszoną

w szkieletach rękopisów przegniłą w bólach skręcających się metafor

jestem wyciśnięty z krwi ogryziony z kości zdarty ze skóry kilka razy

złamany w kręgosłupie mówię do własnego cienia Stanisławie jak można

było cię bardziej zdeptać okraść z tego co jest najgłębiej człowiecze

wymieszać z błotem rzucić pod płot abyś sobie mógł w spokoju rozglądać

własną biedę twoich kilku palców porastających pokrzywami złudzeń że

jednak coś znaczysz w tym świecie gdzie nóż wyciągnięty zamiast ręki

człowieka wskazuje tobie przepaść zamiast drogi wiodącej cię w krainę

wiecznie żyjącej poezji wyrastających drzew ludzkiej dobroci skąd możesz

do syta najeść się jabłkami prawdy zabierając dojrzalsze okazy dla syna

i żony czekających na ciebie gdy wrócisz z czytelni zmęczony eliadem

wypełniony po brzegi kiedy usiądziesz milczący do kolacji ciągle

zapatrzony na małe i duże świństwa sekretarza komitetu powiatowego

kiedy przemyślisz sens życia we własnym mieszkaniu zbyt ciasnym płaczem

dziecka abyś mógł spokojnie pogładzić po głowie ludową ojczyznę patrząc

w błękitne oczy jej jezior dostojniejących piersiami jędrniejących

piasków abyś mógł zapomnieć kłamstwa rzucane z trybun w tłum szeleszczącym

papierem przemówień zabijających się każdym zdaniem zbyt jawnie z całą

skrupulatnością płatnego mordercy uśmiechającego się do ciebie na nowo

podkładającego ogień pod słupy telefoniczne własnych żył przemawiających

benzyną płonących samochodów



lekcja języka polskiego

 

chłopcy w białych koszulach dziewczęta jeszcze w długich

warkoczach chociaż to już ostatnia klasa licealna

ale wszyscy skupieni

wyczekują słów dźwięczących jak puste echo

z dna milczenia łodzi zatopionej ósmego czerwca 1940 roku

wraz z całą załogą to znaczy 54 marynarzami

którzy tak samo mieli rodziny byli synami własnych matek

byli synami własnych ojców lub też byli ojcami własnych synów

dorastających córek kochających żon

cała tragedia wydarzyła się w pobliżu wyspy Helgoland

kiedy słońce spuściło swój wzrok w metalowy maszt stacji

nadawczej wypowiadając ostatnie godziny morzu

igrającemu z własną wesołością fal

wokół okrętu wojennego

„Orzeł”

lecz nim to się stało

co mogło się stać najgorszego nim okręt ostatecznie

zatonął proszę pamiętać że na początku kampanii wrześniowej

gryzł nieprzyjaciela zajadłą drapieżnością w Zatoce Gdańskiej

potem zerwał się wściekłym huraganem z Tallina

bez map amunicji wystarczającej do uczciwej

walki w otwartym błękicie

poszybował w przestrzeń czającej się śmierci

na spotkanie wroga

jak przed tysiącleciami

malutki Dawid odebrał życie Goliatowi

torpedując niemiecki transportowiec „Rio de Janeiro”

w ten sposób częściowo wyrównując krzywdy za spaloną

Warszawę wymordowaną ludność polską

jak mówił kapitan Jan Grudziński

w swoim dzienniku pokładowym

przeanalizowanym dokładnie w brzuchach rekinów

co do jednej kuli wbitej w pierś nieprzyjaciela

trwaliśmy na baczność naprężeni w nerwach

ginąc za Polskę

ojczyznę w której my teraz jemy spokojnie chleb